Ruszamy z Krościenka nad Dunajcem. Szlak zaczyna się tuż przy ulicy Jagiellońskiej.

Dalej dosyć długo i nudno idziemy przez las, widoki nie zapierają dechu w piersiach. Ale trzeba się uzbroić w cierpliwość. Powoli robi się coraz ciekawiej.

Nareszcie docieramy do Przełęczy Szopka inaczej zwaną „Chwała Bogu”. Tu jest skrzyżowanie szlaków i dopiero tu spotykamy innych włóczykijów, idących każdy w swym kierunku. Tego dnia chmury niestety zjadły wierzchołki Tatr. Nawet zoom na maxa nie był w stanie mi pomóc.

Teraz rozpoczynamy finalną część wycieczki: dosyć stromo pod górę ale coraz bliżej rozległych widoków ze szczytu.

W pewnym momencie poczułam się jak w bajce. Wrześniowe poranne powietrze, kolory i szept lasu, głosy ptaków…

Prawie zapomniałam że już się wspinam po dosyć nieromantycznych (a wręcz mocno prozaicznych) metalowych schodach, które są na tyle nieatrakcyjne, że nie zamieszczam ich zdjęcz tutaj. Udaję, że w ogóle ich nie było ;))

Jesień pienińską już czuć w powietrzu: liście powoli źmieniają kolor, wydaję mi się, że nawet drżą jakoś inaczej…

Godzina jest dosyć wczesna i na szczycie – nikogo. Cały był nasz. Cudowna chwila!

Tatr, jak widać – nie widać, ale nie zepsuło mi to chumoru. Wrażenia i tak są wielkie. Oddycha się pełną gębą, widoki są niezłe. Tylko wieje szaleńczo. Ogólnie jest pięknie i jakoś tak radośnie.

Widoki są prawie idealne – czyli żadnej cywilizacji, sama przyroda – niezepsuta, niedotknięta, nienaruszona…

Dunajec urzeka mnie swoją malowniczością. Po lewej stronie Polska, a po prawej – Słowacja.

Następnym razem na pewno odwiedzę schronisko „Trzy Korony” i wgramolę się na szczyt od strony Sromowców Niżnych. Tak dla odmiany 😉