Niezwykły Dzień Dziecka w muzeum Polin

Warsztaty muzyczne, plastyczne, taneczne, cyrkowe, bębniarskie… Tyle radości w jednym miejscu! Bardzo udany Dzień Dziecka w muzeum Polin! Pogoda dopisała, dzieciaki były zachwycone, a rodzice, trzeba przyznać, bawili się również świetnie!

Miłą niespodzianką było to, że wszyscy chętni mogli odwiedzić wystawę „Szafa grająca! Żydowskie stulecie na szelaku i winylu”. To bardzo nowoczesna ekspozycja, która opowiada o historii muzyki na płytach gramofonowych. Cudownie było widzieć zasłuchane i zaciekawione buźki dziecięce. A w słuchawkach leci tango, fokstrot, jazz, folk, piosenki w jidysz, przeboje z filmów…

Na pewno dużo zachwytu i radości sprawiły wszystkim warsztaty bębniarskie. Całe rodziny bawiły się razem, wybijając szalone, rytmiczne dźwięki.

Gdyby tego wszystkiego jeszcze było mało, to Warszawski Cyrk Magii i Ściemy oczarowywał dzieciaków swoimi sztuczkami i dzielił się tajemnicami żonglowania lub balansowania na desce.

Zaprzyjaźniony z Polin już od wielu lat Teatr Wielki nie mógł pozostać obojętnym i przygotował dla dzieci ogromną kolorowankę, która opowiadała o historii Teatu Wielkiego i Opery Narodowej w Warszawie.

Uwielbiam fotografować ludzi, zachwyconych tym, co w danym momencie robią. Tego dnia w obiektywie mojego aparatu co kilka sekund widzialam mnóstwo zachwyconych i rozświetlonych nadchnieniem dziecięcych twarzy. To był bardzo twórczy i niezwykły Dzień Dziecka. Za rok, mam nadzieję, znów będziemy mogli się tak muzycznie i twórczo bawić dzięki muzeum Polin.

 

Wiosenny zlot Tatromaniaków 2015

Czerwiec 2015. Pierwszy zlot szalonych Tatromaniaków. Byłam tam i uczestniczyłam w plenerze fotograficznym, prowadzonym przez wielką pasjonatkę fotografii tatrzańskiej Julitę Chudko.

Dla mnie to była pierwsza próba opanowania swej lustrzanki w trybie manualnym. Aż ciężko mi uwierzyć, że wcześniej pstrykałam w trybie Auto i nawet udawało mi się coś w miare normalnego nafocić.

Ale tym razem w reszcie poznałam co to jest RAW i Lightroom i już wiedziałam, że nie wrócę do trybu Auto.

Owocem tego wyjazdu są właśnie poniższe zdjęcia oraz bardzo ciepłe wspomnienia :))

W Wąwozie Kraków:

Od dawna wiedziałam, że bardzo lubię robić zdjęcia ludziom robiącym zdjęcia… Tym razem miałam super okazję by tym widokiem się nacieszyć – tyle skupionych i zafascynowanych widzianym przez wizjer ludzi może być tylko na zlocie Tatromaniaków:

Docieramy wreszcie do Doliny Tomanowej, a ja nadal walczę ze swoją lustrzanką. Na szczęście cała grupa jest bardzo pomocna i każdy pomaga jak potrafi, więc nie poddaję się i pstrykam fotki dalej:

W drodzę powrotnej fajna zabawa z wodą przy Potoku Kościeliskim. Ustawiamy długi czas naświetlania i próbujemy zamrozić ruch wody. Nikt się nie wykąpał jakby co:

Po zabawie z wodą czekała na nas zabawa z ogniem :)) Wieczorem – ognisko i śpiewy z gitarą w bardzo gościnnym i wyluzowanym MTB Hostel:

Ten zlot, organizowany przez Tatromaniaka, jest super okazją dla wszelkiego rodzaju „pasjonatów”, którzy na widok plecaka już mają ciarki i są gotowi wyruszyć w stronę Tatr w każdej chwili… Zlot stał się już tradycją i kolejny, październikowy, już niebawem!

Krokusowe szaleństwo

Krokusowe szaleństwo ogarneło w tym roku chyba wszystkich. Musiałam zobaczyć na własne oczy o co chodzi z tymi krokusami, w tym celu udałam się więc na Kalatówki. Żadnych tłumów nie było. Kwiatki są oczywiście piękne. Była to dobra okazja by wytłumaczyć córcę jak należy ten cud natury traktować. Nie mamy na sumieniu ani jednego rozdeptanego kwiatuszka jakby coś 😉

Krokusy stanowią piękny kontrast z jeszcze zimowym otoczeniem Kalatówek. Kasprowy i inne szczyty są nadal pokryte śniegiem.

Jednak słońce przygrzewa już bardzo mocno i subtelne fioletowe kwiatki pokrywają prawie całą polanę. Trzeba zdążyć tym widokiem się nacieszyć, zanim znikną do następnej wiosny.

 

 

Jaskinia Beliańska

Najpiękniejsza i najciekawsza ze wszystkich jaskiń, jakie dotychczas widziałam. Urzekła mnie swoją nieziemską urodą i prawie kosmicznym krajobrazem. Jej ogrom przeraża. Najwyższy osiągalny podczas zwiedzania punkt znajduje się na około 1010 m. n. p. m. Przez większość czasu idzie się pod góre po dosyć wygodnych schodach, których razem jest tu dokładnie 860.

Jaskinia ta jest wyjątkowo bogata w przeróżne stalaktyty i stalagmity dziwacznej formy. Można podziwiać tu liczne draperie naciekowe, wapienne wodospady i przeurocze podziemne jeziorka. To na zdjęciu poniżej wita nas prawie od razu po wejściu.

Jaskinia Belianska, jeziorko skalne

Gra świateł i cieni oszukuje moją wyobraźnie. Na każdym kroku widzę coraz bardziej dziwne postacie lub stworki, jakieś czarne dziury oraz całe wszechświaty…

Kilka skalnych ściań i otworów nakładając się na siebie tworzą surrealistyczne obrazy:

A tu właśnie widzę jakąś modlącą się jaszczurkę ;)))

Samo zwiedzanie trwa dosyć długo. My byliśmy tam ponad godzine. Piękno stworzone przez naturę czaruje i przeraża. Dziwne kształty i formy towarzyszą nam cały czas – od momentu jak wchodzimy do wnętrza skały do chwili jak już ten tajemniczy podziemny świat opuszczamy….

Tu nie trzeba już za dużo wyobraźni. Po prostu – grzybek!

A tu „zęby rekina”:

Ludziki-mróweczki w labiryńcie światła:

Małe krasnoludki:

Piękne podziemne jeziorko z niezwykle uroczymi stalagmitami, kształtem przypominającymi buddyjskie pagody:

Liczymy kolejne schody pod górę i stajemy aby nacieszyć się teraz oto takim cudnym widokiem:

Jaskinia Beliańska

Gdzieś właśnie w tym miejscu osiągamy najwyższy dostępny punkt jaskini – czyli nieco ponad 1000 m.n.p.m.

Teraz zaczynamy już powoli schodzić coraz niżej.

Mijając po drodze prawie marsjańskie powierszchnie i krajobrazy.

A następnie: zwisające wapienne organy.

Kształty nacieków kalcytowych w jaskini dają przestrzeń dla wyobraźni. Jak na to patrzę, to widzę jakiś dziwaczny palec wskazujący, grożący prosto ze skały. Brr…

W tym miejscu zwisający z góry stalaktyt prawie dotyka wyrastającego na dole stalagmitu. Nie wiem ile czasu to zajmie, by do siebie mogli w końcu dotrzeć, ale już jak to się stanie, to kolumna, która powstanie będzie zię nazywać – stalagnat! Cudownie, nie?! :))

Jaskinia Beliańska

Myślię że tu na pierwszym planie właśnie taką kolumnę widzimy:

Jaskinia Beliańska

Te niewielkie stalagmity przypominają statuetki grubiutkiego i uśmiechniętego Buddy, jakie podróżnicy kupują sobie na pamiątke gdzieś w dalekiej Azji.

Przechodzimy po włąskim przejściu nad tak zwaną „przepaścią”. Daleko w dole wypatruję kilka osób, siedzących przy jeziorku podziemnym. Ewidętnie są „po za szlakiem” i zeszli tam przy pomocy lin.

Mają tą całą przestrzeń dla siebie, trochę im zazdroszczę, ale ruszamy dalej. I już zaczynamy słyszeć muzykę, to znaczy, że zbliżamy się do sali „Hudobná sieň”, w której organizowane są koncerty muzyki poważnej. A póki co po drodze jeszcze kilka cudeniek:

No i w końcu jesteśmy w dużej i wysokiej sali „Hudobná sieň”. Oczywiście nie ma tych koncertów na co dzień, więc muzyka leci z głośników, tak abyśmy mogli chociaż wyobrazić sobie jak to brzmi na żywo. Akustyka jest nieprawdopodobna. Wyobrażam tylko sobie jak muzycy muszą się gramolić tutaj ze swymi instrumentami…. eh…chciałabym to zobaczyć :)))

Ostatnie spójrzenie na fantastyczny sufit:

Jaskinia Beliańska

I ruszamy dalej, już co raz bliżej wyjścia:

Na koniec podziwiamy prawie że kosmiczne „czarne dziury” i „mleczne drogi”:

Jaskinia Beliańska

Czas zostawić ten tajemniczy świat i wracać do rzeczywistości. Dla tych, którzy płanują robić zdjęcia w jaskini, przypominam, że należy kupić sobie na to pozwolenie w kasie pod czas zakupu biletu wejściowego. Nam to jakoś umknęło, ale na szczęście udało się załatwić sprawę już na miejscu z przewodnikiem. Dzięki temu mogłam się z wami podzielić tymi, mam nadzieję że ciekawymi, zdjęciami :))

Strona www z informacjami o cenach i godzinach otwarcia: Belianska cave

Rady podróżnika. Wadi Mujib. Jordania

WADI MUJIB

Ten wąwóz jest dla mnie prawdziwym cudem natury. Jest porównywalny do Petry pod względem atrakcyjności turystycznej. Rzeka Arnon, która płynie prez wąwóz, jest wielokrotnie wspomniana w Biblii. Dla tych, którzy chcą poczuć trochę adrenaliny oraz nie boją się zamoczyć buty i ubrania – jest miejscem idealnym. Aby tam dotrzeć koniecznie potrzebny jest samochód. Transport publiczny tu nie sięga. Dojeżdżamy do wąwozu drogą 65 (czyli Dead Sea Highway). Nie jest to miejsce dobrze oznakowane. Trzeba mieć mapę. Nawigacja też wchodzi w grę.


Jedyną wskazówką jest most – „Mujib Bridge”. Tuż przy tym moście jest parking dla samochodów oraz malutki Visitor Center, gdzie kupujemy bilety oraz dostajemy kamizelki ratunkowe. Kamizelki są obowiązkowe. Aparatów fotograficznych zazwyczaj nikt ze sobą nie bierze. Jest bardzo wielkie ryzyko, że zostaną one zamoczone wodą. Ten, kto pragnie wziąć ze sobą chociaż komórkę, może kupić na miejscu specjalne woreczki folijowe. Jakoś udało mi się, robiąc zdjęcia w tym przecudnym miejscu, nie utopić telefonu nawet bez tego woreczka.

Jest jeszcze taka sprawa, że im dalej idziesz, tym bardziej gęste, ciepłe i wilgotne robi się powietrze, trochę jak w saunie. Woda sięgała nam maksymalnie po uda. Ale to był październik. Myślie, że wiosną może być jeszcze wyżej. Na końcu wąwozu jest wodospad. Aby tam dotrzeć trzeba prawie w calości się zamoczyć, mieć odpowiednie buty i ubrania, oraz, według niektórych opinii, dobrego przewodnika ze sobą. Tym razem zrobiliśmy tylko półowe drogi, ale nawet to dało nam wielo niesamowitych przeżyć. Zdobycie wodospadu pozostaje wyzwaniem na przyszłość. Polecam ogólnie bardzo dobrą stronę o turystyce w Jordanii, a w szczególności o parkach narodowych, między innymi o Wadi Mujib: www.jordanjubilee.com