Wadi Rum to nie pustynia?

Wadi Rum to nie aż taka pustynia, jak się może wydawać. Cywilizacja i progres już powoli przenikają nawet tu. Nie wiem, ile dokładnie obozów beduińskich tutaj jest… W ciągu całego dnia widzieliśmy co najmniej z dziesięć, mniejszych i większych, ukrytych od wiatru w skalistych wąwozach, schowanych pod nawiasem ogromnych, prawie opadających na namioty kamienistych skał. Ten, w którym spaliśmy, miał taki malutki i niziutki budynek z łazienkami, gdzie nawet była ciepła woda. Był również budynek dla spraw kuchennych, do którego nie zaglądałam. Gotowali jednak tradycyjnie: w piasku wykopuje się dużą jamę i w niej rozpala się ogień, po czym na to kładzie się metalową kratę a na nią mięso i warzywa. To się przykrywa jakąś folią i zasypuje piaskiem.

Nasz przewodnik Mohamed
Nasz przewodnik Mohamed na tle inskrypcji nabatejskich

Następnego dnia, wracając do wioski Rum, zobaczyliśmy jeszcze jeden obóz, który był dopiero w budowie. Mohamed, nasz przewodnik, kierowca i wielki żartowniś, powiedział: w tym obozie każdy namiot będzie miał własną łazienkę. Zatkało nas. Mam nadzieję, że się mylił, albo żartował. Polubiłam Wadi Rum od razu, nie chcę żeby stworzyli z niego mekkę turystyczną w rodzaju piramid w Egipcie, wydeptaną i oswojoną przez turystów. Może to trochę egoistycznie, ale nie chcę żeby tłumy przyjeżdżali do tej…pustyni… wciąż jeszcze pustyni. Nie mogę sobie wyobrazić, że kiedyś powstanie tuż przy samym Wadi Rum duży hotel z parkingiem, a potem jeszcze jeden, i jeszcze….i że coraz więcej jeepów będzie się ścigać po tym pięknym bezdrożu, pozostawiając za sobą tumany kurzu i ślady swoich masywnych kół.

Niech będzie ciężko się tu dostać, niech będą tylko namioty beduińskie, niech nie będzie ciepłej wody, niech zostanie chociażby tak jak jest teraz, tylko by nie psuło się dalej. Jeżeli ktoś nie chcę nocować na materacu pod gołym niebem czy w kolorowym tradycyjnym namiocie, w którym już teraz nawet są łóżka i pościel, to niech jedzie dalej, nie zostaje tu na noc, przecież nikt go nie zmusza. Tylko by nie stworzyli z tego miejsca taniej rozrywki, takiego popcornu dla turystów, gdzie wszystko jest dla wygody, wszystko jest na sprzedaż… Wiem, że chcą zarobić, wiem, że dopiero teraz zaczynają rozumieć, ile to korzyści przynoszą turyści…Wiem i właśnie dla tego się boję, że za 10 albo nawet 5 lat zrobi się tu taka druga Petra, którą pokochałam tak samo jak i tą pustynię, ale w której wielbłądów, osiołków i sprzedawców pamiątek jest czasami nawet więcej niż samych turystów.

Wadi Rum to Park Narodowy i niech takim pozostanie, żeby można było siedzieć na jednej z wydm, gdzie piasek jest taki mięciutki, ciepły i różowy, że aż chcę się wykąpać w tym piasku, i pić mocną, słodką i gorącą beduińską herbatkę z miętą i kardamonem, zrobioną wprost na ogniu w czarnym okopconym czajniku. A jeszcze, żeby można było łazić po tych niesamowitych pofałdowanych skałach, które są jak gdyby stworzone do wspinania się na nich, i nawet nie musisz być doświadczonym alpinistą, bo są tak wygodne i zachęcające do łażenia, że nie można się powstrzymać – będziesz łazić jak oszalały. Chciałabym spędzić tam znacznie więcej dni i nocy, wędrując od wąwozu do wąwozu, od jednej skały do drugiej, idąc śladami Lawrenca z Arabii…

Jordania

Odkąd siebie pamiętam, zawsze chciałam dostać się na inny brzeg. Nieważne, jaki to był brzeg – jeziora, rzeki, bądź nawet morza…Kiedy patrzyłam na inną stronę – wiedziałam, że muszę tam się dostać. Kiedy siedziałam nad brzegiem Morza Martwego w miasteczku Ein Bokek i patrzyłam na zapalające się wieczorne ogni w jordańskich wioskach po tam tej stronie morza, poczułam ogromne pragnienie znaleźć się na tam tym brzegu, zupełnie tak samo, jak czułam to, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem. Rok później deptałam już kamieniste wąwozy i wzgórza Jordanii i podziwiałam zachód słońca, siedząc nad brzegiem Morza Martwego po jordańskiej stronie.  Wtedy zrozumiałam, że to tylko stąd można patrzyć jak słońce chowa się za górami pustyni Judzkiej, i jak słone wody morza nabierają różowo-fioletowych barw, powoli przechodząc w brąz i płynne złoto, dopóki ostatni blask słońca nie zgaśnie nad wzgórzami leżącej naprzeciwko a jednak niewidocznej Jerozolimy…

Słońce znika bardzo szybko. Dosłownie w ciągu kilku minut, może nawet mniej niż dziesięciu. Trzeba było się spieszyć. Dzień wcześniej właśnie przegapiłam ten moment, choć i nawet biegłam do morza…Ale tego dnia już czekałam z aparatem w rękach, siedząc na ciepłym nagrzanym kamieniu. Do dziś wspominam ten zachód jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu, w pełnej ciszy i harmonii, wierzę, że i 2 tysiąca lat temu tak samo wyglądało tu usypiające słońce, jakie zobaczyłam dziś.